Nowości z blogów

Pożegnanie ze street stylem.

Czy kogoś jeszcze rusza street style? Czy kogoś jeszcze obchodzi, jak ubierają się ludzie w innych częściach świata? Jak wyglądają w drodze na pokaz mody czy w biegu między ulubioną kawiarnią a biurem? Czy da się w nim odnaleźć jakąkolwiek autentyczność? Te pytania dziś nie mają nawet racji bytu. Bo na co jak na co, ale od kilku tygodni bardziej zwracamy uwagę, czy ktoś nosi maseczkę lub trzyma się w bezpiecznej odległości od nas, niż czy ma na stopach najnowszy model wyczekanych w kolejce pod Vitkacem butów. Pytałam już tu i tam, na ile ubieramy się dla siebie, a na ile dla innych. W obecnej sytuacji znajdujemy prawdziwe odbicie, bez filtrów, bez retuszu. A odpowiedź nie zawsze musi zgadzać się z tym, co sami o sobie chcielibyśmy usłyszeć. Gdy zaczynałam pisać ten blog, oglądaliśmy świat z zupełnie innej perspektywy. Przy okazji udostępniania na swoim Instagramie różnych archiwalnych treści, natrafiłam na strony brytyjskich magazynów ze zdjęciami różnych dziewczyn przyłapanych przez fotografów tak po prostu, podczas zakupów czy spaceru. Pod hasłem „street style” dominowały ujęcia spontaniczne, niestylizowane. Uwielbiałam te rubryki. Marzyłam też, by ktoś mi sprowadził japońskie pisemko Fruits, dokumentujące z kolei barwny styl Harajuku. Magazyn ten powstał już w 1997 roku, czyli w momencie, gdy prawie nikt z nas nie miał nawet adresu e-mail. Niezwykle barwny, wypełniony od deski do deski eklektycznymi stylizacjami młodych Japończyków, zachwycał nie tylko egzotyką, ale – paradoksalnie – autentycznością właśnie. Po dwudziestu latach działalności jego założyciel, fotograf Shoichi Aoki, stwierdził, że nie ma już fajnych dzieciaków do fotografowania i zamknął Fruits na dobre. Dziś sięgnęłam do dwóch albumów Scotta Schumana, wydanych kolejno w 2009 i 2012 roku. I z lekkim żalem stwierdziłam, że stanowią jednocześnie dokumentację i pożegnanie czegoś, co można w skrócie nazwać szczerym, niewymuszonym stylem. Tak, dobrze znam prace Billa Cunninghama, który od 1978 roku regularnie przemierzał Nowy Jork w poszukiwaniu interesująco ubranych przechodniów do swojej rubryki „On the Street” w New York Timesie. W końcu gdyby nie on, nie byłoby prawdopodobnie ani bloga „The Sartorialist”, ani tego, co stylem ulicznym określamy (albo określaliśmy do pewnego momentu). A z pewnością nie w takiej formie, w jakiej zaistniały. Pytania o autentyczność pojawiły się już w połowie poprzedniej dekady, wraz ze wzrostem zarówno liczby ulicznych fotografów, jak i chętnych, by im pozować. Sam Scott Schuman zdradził się, gdy przyjeżdżając do Polski w roku 2012 na poznańskie AFF zażądał od uczestników przygotowania kilku stylizacji, by mógł naprędce przeprowadzić casting do zdjęć na swój blog. Gdzie i kiedy się zmyła spontaniczność? I czy to źle, czy dobrze? Street style spotkał podobny los, co hobbystycznie prowadzone, niezależne blogi. Jedno i drugie okazało się zbyt dobrym biznesem, by stanąć w miejscu. Komercja do pewnego stopnia nie jest przecież niczym złym, a kompromis – jak najbardziej osiągalny. Jednak popularność zdjęć mody ulicznej zaczęła zjadać swój własny ogon. Czy był to moment, w którym fotografowie zaczęli sobie podkradać kadry, rozpychając się łokciami przed atrakcyjnym obiektem? A może jednak dzień, w którym ktoś po raz pierwszy przebrał się z myślą, że być może dzięki temu zostanie uchwycony przez uliczne obiektywy? Albo ten sezon, w którym wokół miejsc pokazów zaczęło się kręcić trzy razy więcej osób niż zaproszeń? Czy w końcu wtedy, gdy kadry przypominające spontaniczną uliczną dokumentację zaczęły pojawiać się dosłownie wszędzie: od wspomnianych wcześniej blogów po kampanie reklamowe wielkich marek, przez sesje zdjęciowe w magazynach mody i wreszcie nasze konta instagramowe? Zaczęło dochodzić do absurdalnych sytuacji, niektóre już w 2016 roku opisała Maya Singer na łamach Vogue w artykule „What We Talk About When We Talk About Street Style”. Inne przyszły z czasem, doprowadzając do tego, że coraz rzadziej mogliśmy się ze zdjęć ulicznych dowiedzieć, co faktycznie jest modne, a coraz częściej – kto w tym roku sypnął największą liczbą prezentów dla influencerek. Przeglądając wspomniane wcześniej albumy „The Sartorialist” w większości przypadków nie mam pojęcia, jakie marki mają na sobie fotografowani ludzie. Żadnego „Old Celine” czy „New Bottega”, żadnej ostentacji, żadnych gorących modeli, które trzeba mieć. Przyznam, że dawno nie zaglądałam na jego blog (oraz klony powstające w kolejnych latach). Nie zdawałam sobie sprawy, że miałam przesyt. Te wszystkie inspiracje, stylizacje, zamaszyste sukienki Ganni, mini torebki Jacquemusa, a wcześniej cały tzw. postsowiecki szyk (jak dobrze, że to już za nami…) w ilości znacznie ponad moje siły spowodowały, że straciłam ochotę na podglądanie jakichkolwiek ulic. Zwłaszcza że nie byłam w stanie odróżnić ulicy kopenhaskiej od mediolańskiej, co jeszcze dziesięć lat temu było nie do pomyślenia. Gdy zajrzałam dziś, miło się zaskoczyłam. Zabrakło mi jednak tej ekscytacji, którą czułam, gdy kilkanaście lat temu wyczekiwałam na każde nowe zdjęcie, by móc się naprawdę zainspirować, zanalizować różne stylistyczne triki i próbować odtworzyć je w domu. Pożegnanie tego, co dawno temu pod terminem „street style” się kryło, zbiega się niefortunnie z ogólną sytuacją branży mody w tej chwili. Tygodnie mody? Pokazy? Wyjazdy? Jeszcze bardzo długo nie, a potem…? Czy formuła, która towarzyszyła modzie do tej pory, ma szansę wrócić w niezmienionej wersji? Czy ta skala aby na pewno będzie jeszcze potrzebna? Jak marki i projektanci odnajdują się w tzw. nowej rzeczywistości to temat na osobny tekst. Niektórym idzie całkiem nieźle. Jacquemus właśnie stworzył letnią kampanię z Bellą Hadid za pośrednictwem FaceTime’a, a męski tydzień mody w Londynie ma odbyć się w całości tylko wirtualnie. Czy zdjęcia gości w dresach przed ekranami laptopów zastąpią kroniki uliczne? I co zrobi rzesza fotografów, którzy w stu procentach się na street style przerzucili? Optymistyczna wersja jest taka, że nie porzucą dokumentowania rzeczywistości, będą jednak zmuszeni szukać interesujących obiektów na znacznie większym obszarze i w dalekich od mody sytuacjach (będzie to również znacznie mniej opłacalne). Być może nawet zacznie to przypominać początki street style’u w internecie. Tylko czy na pewno chcemy oglądać zwyczajne kadry zwyczajnego świata, zwyczajnie ubranych ludzi w zwyczajnych sytuacjach? Jak sobie przypomnę dzieła Roberta Doisneau czy mojego ukochanego Cartier-Bressona, mam tylko jedną odpowiedź. Twierdzącą. P.S. Kogo zainteresował temat magazynu Fruits, zapraszam do przepastnych internetowych archiwów, gdzie można przejrzeć numery z lat dziewięćdziesiątych oraz początków XXIw. Warto!

Pożegnanie ze street stylem.

Czy kogoś jeszcze rusza street style? Czy kogoś jeszcze obchodzi, jak ubierają się ludzie w innych częściach świata? Jak wyglądają w drodze na pokaz mody czy w biegu między ulubioną kawiarnią a biurem? Czy da się w nim odnaleźć jakąkolwiek autentyczność? Te pytania dziś nie mają nawet racji bytu. Bo na co jak na co, ale od kilku tygodni bardziej zwracamy uwagę, czy ktoś nosi maseczkę lub trzyma się w bezpiecznej odległości od nas, niż czy ma na stopach najnowszy model wyczekanych w kolejce pod Vitkacem butów. Pytałam już tu i tam, na ile ubieramy się dla siebie, a na ile dla innych. W obecnej sytuacji znajdujemy prawdziwe odbicie, bez filtrów, bez retuszu. A odpowiedź nie zawsze musi zgadzać się z tym, co sami o sobie chcielibyśmy usłyszeć. Gdy zaczynałam pisać ten blog, oglądaliśmy świat z zupełnie innej perspektywy. Przy okazji udostępniania na swoim Instagramie różnych archiwalnych treści, natrafiłam na strony brytyjskich magazynów ze zdjęciami różnych dziewczyn przyłapanych przez fotografów tak po prostu, podczas zakupów czy spaceru. Pod hasłem „street style” dominowały ujęcia spontaniczne, niestylizowane. Uwielbiałam te rubryki. Marzyłam też, by ktoś mi sprowadził japońskie pisemko Fruits, dokumentujące z kolei barwny styl Harajuku. Magazyn ten powstał już w 1997 roku, czyli w momencie, gdy prawie nikt z nas nie miał nawet adresu e-mail. Niezwykle barwny, wypełniony od deski do deski eklektycznymi stylizacjami młodych Japończyków, zachwycał nie tylko egzotyką, ale – paradoksalnie – autentycznością właśnie. Po dwudziestu latach działalności jego założyciel, fotograf Shoichi Aoki, stwierdził, że nie ma już fajnych dzieciaków do fotografowania i zamknął Fruits na dobre. Dziś sięgnęłam do dwóch albumów Scotta Schumana, wydanych kolejno w 2009 i 2012 roku. I z lekkim żalem stwierdziłam, że stanowią jednocześnie dokumentację i pożegnanie czegoś, co można w skrócie nazwać szczerym, niewymuszonym stylem. Tak, dobrze znam prace Billa Cunninghama, który od 1978 roku regularnie przemierzał Nowy Jork w poszukiwaniu interesująco ubranych przechodniów do swojej rubryki „On the Street” w New York Timesie. W końcu gdyby nie on, nie byłoby prawdopodobnie ani bloga „The Sartorialist”, ani tego, co stylem ulicznym określamy (albo określaliśmy do pewnego momentu). A z pewnością nie w takiej formie, w jakiej zaistniały. Pytania o autentyczność pojawiły się już w połowie poprzedniej dekady, wraz ze wzrostem zarówno liczby ulicznych fotografów, jak i chętnych, by im pozować. Sam Scott Schuman zdradził się, gdy przyjeżdżając do Polski w roku 2012 na poznańskie AFF zażądał od uczestników przygotowania kilku stylizacji, by mógł naprędce przeprowadzić casting do zdjęć na swój blog. Gdzie i kiedy się zmyła spontaniczność? I czy to źle, czy dobrze? Street style spotkał podobny los, co hobbystycznie prowadzone, niezależne blogi. Jedno i drugie okazało się zbyt dobrym biznesem, by stanąć w miejscu. Komercja do pewnego stopnia nie jest przecież niczym złym, a kompromis – jak najbardziej osiągalny. Jednak popularność zdjęć mody ulicznej zaczęła zjadać swój własny ogon. Czy był to moment, w którym fotografowie zaczęli sobie podkradać kadry, rozpychając się łokciami przed atrakcyjnym obiektem? A może jednak dzień, w którym ktoś po raz pierwszy przebrał się z myślą, że być może dzięki temu zostanie uchwycony przez uliczne obiektywy? Albo ten sezon, w którym wokół miejsc pokazów zaczęło się kręcić trzy razy więcej osób niż zaproszeń? Czy w końcu wtedy, gdy kadry przypominające spontaniczną uliczną dokumentację zaczęły pojawiać się dosłownie wszędzie: od wspomnianych wcześniej blogów po kampanie reklamowe wielkich marek, przez sesje zdjęciowe w magazynach mody i wreszcie nasze konta instagramowe? Zaczęło dochodzić do absurdalnych sytuacji, niektóre już w 2016 roku opisała Maya Singer na łamach Vogue w artykule „What We Talk About When We Talk About Street Style”. Inne przyszły z czasem, doprowadzając do tego, że coraz rzadziej mogliśmy się ze zdjęć ulicznych dowiedzieć, co faktycznie jest modne, a coraz częściej – kto w tym roku sypnął największą liczbą prezentów dla influencerek. Przeglądając wspomniane wcześniej albumy „The Sartorialist” w większości przypadków nie mam pojęcia, jakie marki mają na sobie fotografowani ludzie. Żadnego „Old Celine” czy „New Bottega”, żadnej ostentacji, żadnych gorących modeli, które trzeba mieć. Przyznam, że dawno nie zaglądałam na jego blog (oraz klony powstające w kolejnych latach). Nie zdawałam sobie sprawy, że miałam przesyt. Te wszystkie inspiracje, stylizacje, zamaszyste sukienki Ganni, mini torebki Jacquemusa, a wcześniej cały tzw. postsowiecki szyk (jak dobrze, że to już za nami…) w ilości znacznie ponad moje siły spowodowały, że straciłam ochotę na podglądanie jakichkolwiek ulic. Zwłaszcza że nie byłam w stanie odróżnić ulicy kopenhaskiej od mediolańskiej, co jeszcze dziesięć lat temu było nie do pomyślenia. Gdy zajrzałam dziś, miło się zaskoczyłam. Zabrakło mi jednak tej ekscytacji, którą czułam, gdy kilkanaście lat temu wyczekiwałam na każde nowe zdjęcie, by móc się naprawdę zainspirować, zanalizować różne stylistyczne triki i próbować odtworzyć je w domu. Pożegnanie tego, co dawno temu pod terminem „street style” się kryło, zbiega się niefortunnie z ogólną sytuacją branży mody w tej chwili. Tygodnie mody? Pokazy? Wyjazdy? Jeszcze bardzo długo nie, a potem…? Czy formuła, która towarzyszyła modzie do tej pory, ma szansę wrócić w niezmienionej wersji? Czy ta skala aby na pewno będzie jeszcze potrzebna? Jak marki i projektanci odnajdują się w tzw. nowej rzeczywistości to temat na osobny tekst. Niektórym idzie całkiem nieźle. Jacquemus właśnie stworzył letnią kampanię z Bellą Hadid za pośrednictwem FaceTime’a, a męski tydzień mody w Londynie ma odbyć się w całości tylko wirtualnie. Czy zdjęcia gości w dresach przed ekranami laptopów zastąpią kroniki uliczne? I co zrobi rzesza fotografów, którzy w stu procentach się na street style przerzucili? Optymistyczna wersja jest taka, że nie porzucą dokumentowania rzeczywistości, będą jednak zmuszeni szukać interesujących obiektów na znacznie większym obszarze i w dalekich od mody sytuacjach (będzie to również znacznie mniej opłacalne). Być może nawet zacznie to przypominać początki street style’u w internecie. Tylko czy na pewno chcemy oglądać zwyczajne kadry zwyczajnego świata, zwyczajnie ubranych ludzi w zwyczajnych sytuacjach? Jak sobie przypomnę dzieła Roberta Doisneau czy mojego ukochanego Cartier-Bressona, mam tylko jedną odpowiedź. Twierdzącą. P.S. Kogo zainteresował temat magazynu Fruits, zapraszam do przepastnych internetowych archiwów, gdzie można przejrzeć numery z lat dziewięćdziesiątych oraz początków XXIw. Warto!

HOMEWEAR IDEAS (IV)

Autorka: mesvoyagesaparis, Blog: Monica Sors

UBRANIA, KTÓRE POWINNAŚ MIEĆ W SWOJEJ SZAFIE

Autorka: Gabriela Kita, Blog: Gabriela Kita
Hejka!

Każda z nas codziennie patrząc do szafy zawsze stwierdzi że nie ma się w co ubrać - odwieczny problem kobiet nawet jeśli nasza szafa pęka w szwach. Zdarza się, że to stwierdzenie opóźnia nas czas na wyjście. Dlaczego nie mamy się w co ubrać? Najczęszczą przyczyną jest nasze samopoczucie. Nasz codzienny stój zależy od humoru albo okazji zgodzicie się ze mną ?
Drugą sprawą jest to że albo masz za dużo ubrać albo chodząc na zakupy kupujemy niepraktyczne ubrania w których potem i tak nie chodzimy. Dziś mam dla Was kilka takich MUST HAVE ubrań, które są podstawą w naszej garderobie i zawsze znajdziesz pomysł na super stylówke która nigdy się nie znudzi i zawsze też będzie modna ponieważ klasyki nigdy nie wychodzą z mody .

Jeansy moim zdaniej najważniejsza część garderoby. Ja lubie bardzo spodnie z Zary. Dobre jakościowo, dobrze uszyte oraz pięknie podkreślają sylwetkę to na co zwracam uwage kupując je. Jeansy to jest coś takiego co nigdy nie wyjdzie z mody i pasuje dosłownie do wszystkiego. Jest wiele rodzaji jeansów do każdego typu figury będą pasowały inne. Czy to będą rurki, dzwony, mom jeans z wysokim stanem czy niskim, czyste albo z podarciami jak widzice jest ich wiele i każda znajdzie coś dla siebie. 


Dlaczego warto prowadzić zdrowy tryb życia?

Autorka: Fitblogerka, Blog: fitblogerka.pl
Dostęp do zdrowej żywności, klubów fitness i odpowiedniego sprzętu sprawił, że sporo osób zmieniło swoje podejście do życia, i stało się bardziej fit. Zapanowała wręcz pewna moda na trwanie w sportowym duchu. Dlaczego warto prowadzić zdrowy tryb życia? Sprawdź! Na czym polega zdrowy tryb życia? Pod hasłem zdrowy tryb życia kryje się tak naprawdę racjonalne podejście, które dobroczynnie wpływa na nasz organizm. Mowa tu o: Zbilansowanej diecie opierającej się na świeżych i pełnowartościowych produktach, takich jak owoce, warzywa, chude mięso, ryby oraz pełnoziarniste artykuły. 4-5 posiłków zjadanych systematycznie, a także picie dużej ilości wody to klucz do zdrowego ciała.Aktywność fizyczna – dzięki niej podkręcamy metabolizm i utrzymujemy odpowiednią wagę. Mało tego sport gwarantuje nam piękną sylwetkę, zachowanie sprawności, poza tym dobroczynnie oddziałuje na układ nerwowy, czy krwionośny.Odpoczynek – znalezienie chwili na relaks pozwala nam zregenerować organizm, tak samo jak dobry sen.Odstawienie używek i podobnych nawyków – mocno wpływa na poprawę zdrowia oraz na lepsze samopoczucie. Te wszystkie elementy razem tworzą bazę zdrowego stylu życia. Racjonalne podejście jest niezbędne, dlatego można czasami pozwolić sobie na drobne odstępstwa, na przykład na zjedzenie czegoś słodkiego lub na drinka bez wyrzutów sumienia. Ten tryb życia ma być dla nas przyjemnością, a nie uciążliwym, albo przykrym obowiązkiem. Dlaczego warto prowadzić zdrowy tryb życia? Nie od dziś wiadomo, że w zdrowym ciele jest zdrowy duch. Dbanie o siebie, czyli spożywanie wartościowych posiłków, systematyczny ruch, odpowiednia ilość snu oraz odpoczynku, a także pozytywne myślenie – to potrafi znacząco poprawić naszą egzystencję. Dlaczego jeszcze warto prowadzić zdrowy tryb życia? Poniżej masz wymienione kilkanaście korzyści: poprawiasz wydolność organizmuwidzisz pozytywne zmiany w kondycji skóry, włosów i paznokciczujesz przypływ pozytywnej energiiredukujesz stres kształtujesz charakterzyskujesz wyrzeźbioną sylwetkę – budujesz mięśnie i je wzmacniaszzmniejszasz ryzyko wystąpienia wielu chorób, między innymi otyłości, czy nowotworów i depresjiregulujesz ciśnienie krwidotleniasz ciałostabilizujesz i poprawiasz postawędostrzegasz poprawę pamięci i kreatywnościredukujesz zły cholesterolopóźniasz proces starzeniazmniejszasz ryzyko wystąpienia kontuzjiwydłużasz swoje życie. Poprawa będzie dostrzegana w zasadzie w każdej części ludzkiego organizmu, od wizualnej, po wewnętrzną. Zdrowe nawyki pozwolą Ci zmniejszyć ilość spożywania soli, cukrów prostych i innych szkodliwych substancji. Wykluczenie używek także dobroczynnie zadziała na ciało, podobnie jak systematyczny ruch. Korzyści płynących ze zdrowego podejścia jest cała masa, więc warto zmienić swoje nawyki, i to jak najszybciej. Twój organizm podziękuje Ci promienną cerą oraz masą energii, do tego rzadziej będziesz chorować. Artykuł powstał we współpracy z portalem fitness FitRepublic.pl gdzie znajdziecie wiele ciekawych porad dotyczących treningów, zdrowego życia, diety oraz sprzętu dla sportowców. Artykuł Dlaczego warto prowadzić zdrowy tryb życia? pochodzi z serwisu fitblogerka.pl.

IDEALNE DRESY – ZNALAZŁAM! I TO W SUPER CENIE

Autorka: Shiny Syl, Blog: Shiny Syl blog
IDEALNE DRESY – ZNALAZŁAM! I TO W SUPER CENIE Jeśli filmik Wam się spodoba koniecznie dajcie łapkę w górę  Post IDEALNE DRESY – ZNALAZŁAM! I TO W SUPER CENIE appeared first on shinysyl.com The post IDEALNE DRESY – ZNALAZŁAM! I TO W SUPER CENIE appeared first on Shiny Syl blog.

Biała dopasowana sukienka midi Femme Luxe

Autorka: Mis-marli, Blog: Mis Marli

MIERZYMY SUKNIE ŚLUBNE Z ALIEXPRESS - oczekiwania vs. rzeczywistość | CheersMyHeels

Autorka: CheersMyHeels, Blog: CheersMyHeels

Świadome kupowanie – wspieram polskie marki #wspierampl

Dzisiejszy wpis nieco inny, bo nie do końca o stylizacjach, czy podróżach. Jednak obecna sytuacja sprawiła, że wszyscy musieliśmy się dostosować i zacząć żyć nieco inaczej. Epidemia, jaka ogarnęła nasz kraj, sprawiła, że wiele polskich firm ma ogromne problemy. Dlatego też w tym, tak ciężkim dla nas wszystkich czasie, warto byśmy stawiali na polskie marki. Zakupy i tak wszyscy będziemy robić, róbmy je zatem świadomie. Nie dopuśćmy do tego, żeby nasze rodzime firmy upadły. To ma przełożenie na nas wszystkich. Zatem dbajmy o nasze. Dziś więc kilka moich propozycji polskich marek, na które ja stawiam już od dawna. Bravomoda Z racji tego, że kocham szpilki, na pierwszy rzut idą oczywiście buty. Firma BRAVOMODA to polski producent obuwia, który działa na naszym rynku już od 1996 roku. Tradycja, bardzo wysoka jakość wykonania, ponadczasowa elegancja i ogromne doświadczenie – tak można opisać tą markę. Uwielbiam ich szpilki. Mogłabym w nich biegać, bo są tak wygodne, a poza tym wyglądają fenomenalnie. Gino Rossi W kwestii szpilek nie mogłam oczywiście pominąć moich ukochanych szpilek Gino Rossi. Oczywiście mają w ofercie inne buty niż szpilki, ale ja jestem totalnie zakochana w ich butach na obcasie. Marka powstała w latach dziewięćdziesiątych w Słupsku, gdzie do dzisiaj znajduje się fabryka produkująca obuwie. Najlepsze polskie i włoskie komponenty, niezwykle wysoka jakość wykonania i dbałości o detal, klasyka i oryginalne wzornictwo. Każda moja kolejna para butów od nich jest tą naj. Laurella By nie zanudzić Was moją miłością do szpilek, przechodzimy do tematu ubrań. Na polskim rynku jest wiele marek, które proponują nam oryginalne i bardzo dobre jakościowo ubrania. Niejednokrotnie nasze polskie marki wiodą prym na rynkach zagranicznych. Warto zatem się zainteresować. Jedną z takich marek jest Laurella. Przepiękne ubrania tworzone przez młodą dziewczynę Laurę Reiss. Razem z mężem tworzą niezwykłą markę. Jak przeczytamy na ich stronie: „LAURELLA jest odpowiedzią na potrzebę posiadania modnej i najwyższej jakościowo odzieży i jednocześnie wyrazem buntu wobec drogich marek, które oczekują za to krocie.” I to jest to. Polecam szczerze, jeśli jeszcze nie znacie. Mosquito Pozostając w tematyce ubrań kolejną marką, z którą jestem już od dłuższego czasu, jest Mosquito. Założycielką marki jest Alicja Komar (stąd nazwa :)), a ubrania są projektowane i szyte w Polsce. Jak przeglądałam ostatnio zdjęcia, to zauważyłam, że moją pierwszą sukienkę od Mosquito kupiłam w 2015 roku. Zatem jestem już z nimi 5 lat i będę dalej. Oryginalność, bardzo dobra jakość wykonania, no i te fasony, kroje, printy. W sieciówkach tego nie znajdziecie. Mle collection Marka Mle collection założona przez Kasię Tusk charakteryzuje się przede wszystkim klasyką i bardzo dobrą jakością. Jeśli potrzebujecie zasilić swoją garderobę w rzeczy, które nie znudzą się Wam po jednym sezonie, które będą zawsze na czasie i posłużą latami, to zachęcam. Idealny sklep do budowania kapsułkowej garderoby. Apn cosmetics Teraz w tematyce kosmetyków markę, którą stosunkowo niedawno odkryłam, jest APN Cosmetics. To polska marka, która jest producentem kosmetyków naturalnych, bez parabenów, silikonów, sztucznych barwników. Osobiście jestem zachwycona ich linią Redvital, w skład której wchodzą kremy na dzień, na noc, pod oczy, olejek do demakijażu, serum i emulsja do mycia twarzy. Kolejnym odkryciem były balsamy do ciała z serii „I am”, które występują w trzech wersjach. Ich zapachy są obłędne, a skóra po nich jest idealnie gładka. Miya Cosmetiscs Miya Cosmetics – kolejna polska marka kosmetyków stworzona przez dziewczyny, które chciały stworzyć produkty, dzięki którym będziemy czuć się piękne przy minimum wysiłku. Poza tym, co najważniejsze, podstawą ich kosmetyków są naturalne składniki, bez parabenów, silikonów, parafiny, czy sztucznych barwników. Na wielki plus zasługuje też wielozadaniowość niektórych kosmetyków, co idealnie sprawdza się w podróży. Muscat Jeśli poszukujecie okularów korekcyjnych, albo przeciwsłonecznych to szczerze polecam Wam markę Muscat. To bardzo dobra jakość, oryginalność, niezwykły design i to w tak konkurencyjnej cenie. Plusem jest też domowa przymierzalnia, z której osobiście korzystałam. Poza tym mają również bezpłatne badania wzroku u optometrysty przy zakupie okularów. A Wy jakie marki polecacie? Dajcie koniecznie znać w komentarzach.

Wygoda i funkcjonalność

Autorka: minimalissmo blog modowy, Blog: Minimalissmo. Blog modowy

Blogi

Najnowsze wpisy z blogów związanych z modą. Aby zobaczyć pełny wpis kliknij w link do niego.

Dołącz

Jeżeli chcesz aby Twój blog był tu dostępny - napisz na adres tomitu@tomitu.pl.

UbierzmySie.pl 2013-2022. Polub nas na Facebooku i na Instagramie. Kontakt i współpraca.